MOJE SPOTKANIE Z JEZUSEM

Daj mi poznać drogi Twoje, Panie,

i naucz mnie Twoich ścieżek!

(Ps 25,4)

Moja rodzina

 

Historia mojej rodziny odzwierciedla historię kraju. Moja matka, narodowości ukraińskiej, urodziła się na Syberii, ojciec – Rosjanin, urodził się w stolicy Azerbejdżanu. Na początku XX wieku rodzina ojca w poszukiwaniu lepszego życia wyjechała z Rosji Centralnej na granice ówczesnego imperium rosyjskiego. Mniej więcej w tym czasie rodzina mojej matki też wyjechała z Ukrainy Centralnej na Syberię Zachodnią. Moi rodzice spotkali się w niewielkim miasteczku Powołże. Po kilku latach od ich spotkania, kiedy byłam jeszcze małym dzieckiem, nasza rodzina wyjechała do miasta położonego koło granicy z Kazachstanem, teraz jednym z niezależnych krajów Azji Centralnej.

Od samego dzieciństwa było dla mnie naturalne to, że moi krewni żyją w różnych, jak wtedy mówiono, „zakamarkach Związku Radzieckiego” i są ludźmi o różnych korzeniach narodowych: Rosjanami, Ukraińcami, Polakami, Estończykami, Gruzinami. Teraz większość moich krewnych żyje na terenach Rosji, część poza krajem.                                        

 

Dzieciństwo i wczesna młodość

 

Od dzieciństwa mieszkałam w mieście, które od początku swojej historii  było wielonarodowe i  wielowyznaniowe. Skoro Petersburg od początku istnienia określany był „oknem na Europę”, to moje miasto było wymyślone i zbudowane jako „brama do Azji”. Jego wielonarodowość i wielowyznaniowość   uwarunkowane były położeniem na skrzyżowaniu Europy i Azji. Założyli je członkowie wielkiej wojennej ekspedycji naukowej, która została zorganizowana na początku XVIII wieku w celu zbadania dalekiego, położonego na stepie kraju oraz znalezienia miejsca na miasto – twierdzę. Byli ludźmi rożnych narodowości i wyznań.       

W historycznym centrum miasta, w pobliżu siebie, znajdują się kościoły katolicki, prawosławne, protestancki, synagoga, meczety. Z czasów dzieciństwa pamiętam tylko jedną cerkiew. Wszystkie pozostałe powstały już w czasie pierestrojki.

Wychowałam się w rodzinie „radzieckiej inteligencji” – inżyniera i nauczycielki. Podstawową wartością i sensem życia moich rodziców była praca. W związku z pracą, ze złożonością procesu technologicznego, zabezpieczeniem którego zajmował się kierowany przez niego wydział, przez kilka dni mojego taty mogło nie być w domu. Takie wieloletnie napięcie, ponad siły psychiczne i fizyczne, w końcu odbiło się na jego zdrowiu. Bardzo często mama również pracowała w szkole po dwie zmiany.               

Rodzice lubili czytać i w domu była dobra, obszerna domowa biblioteka. Nauczyłam się czytać jeszcze przed pójściem do szkoły i od tego czasu zaczęłam  czytać bardzo dużo. Mama lubiła  literaturę piękną, rosyjską i obcą, a także literaturę historyczną. Tata pamiętniki wojskowe. Wcześnie zaczęłam czytać literaturę klasyczną, dlatego że miałam brata starszego o cztery lata i czytałam wszystko, co on w ramach programu szkolnego. Mniej więcej kiedy miałam 13-14 lat, zaczęłam czytać rosyjskich klasyków: Tołstoja, Turgieniewa, Dostojewskiego, Gogola, jeszcze wcześniej Puszkina, Lermontowa...

Mieliśmy w domu pianino, ponieważ mój brat uczył się w szkole muzycznej i  żeby „instrument nie stał darmo”, także mnie wysłano do szkoły muzycznej. Skończyłam średnią szkołę muzyczną.    

      

Studia i początek pracy

 

Kilka lat studiowałam, uzupełniając swoje muzyczne wykształcenie, a potem zaczęłam pracować w dużym mieście nad Wołgą. Nasi wykładowcy byli znakomitymi muzykami, oddanymi swojej pracy i dawali nam więcej, niż przewidywał program nauczania. Z Pismem Świętym pierwszy raz zetknęłam się na zajęciach z historii muzyki, a także poprzez chór kameralny, w którym śpiewałam w czasie wolnym od nauki. Tak dzięki muzyce Bacha, Mozarta, Czajkowskiego, Rachmaninowa, Dymitra Bortniańskiego, Maksyma Bieriezowskiego i wielu innych kompozytorów „uchyliły się” dla mnie drzwi do świata biblijnych obrazów i tekstów. W tym samym czasie mogłam zobaczyć szopkę, którą nam, studentom, zaprezentowali artyści jednego z moskiewskich zespołów muzyki starorosyjskiej.  

Po studiach wróciłam do domu i zaczęłam pracować w szkole. Przez pewien czas, już pracując, kontynuowałam kształcenie w Moskwie. To był czas po pierestrojce. Uczelnia, w której zaczęłam pisać pracę naukową, mieściła się w centrum Moskwy, niedaleko placu Czerwonego i Kremla.  

Naprzeciwko stacji metra był wielki odkryty basen, nie wiedziałam, co znajdowało się przedtem w tym miejscu. Od czasu do czasu przyjeżdżałam na konsultacje, mogłam więc obserwować zachodzące zmiany, jak powoli wznosiły się ściany budowli, i w końcu zobaczyłam odbudowany kościół Chrystusa Zbawiciela.

 

Adoracja

 

Kiedy wróciłam po studiach do swojego miasta i zaczęłam pracować, mój tata był już bardzo chory. Ciężkie fizyczne cierpienia, czasem nie do wytrzymania, znosił bardzo cierpliwie.

W połowie lat 90. minionego wieku, w klinice kardiologicznej jednego z większych miast Południowego Uralu przeszedł trudną operację serca.

Jesień tego roku spędziłam razem z tatą w tym mieście. Bardzo dobrze pamiętam dzień operacji i swoją rozmowę z chirurgiem o nadzwyczajnej wadze dla życia mojego taty nie tylko każdej godziny, ale i każdej minuty, która mija od zabiegu.

Znalazłam się sama w obcym mieście, było popołudnie, nie wiedziałam, gdzie mogłabym pójść, co ze sobą zrobić. Nie wiem, dlaczego postanowiłam pojechać do tej skromnej drewnianej kaplicy, w której byłam już  wcześniej kilka razy z moją znajomą. Był listopad, jaki u nas bywa: zmarznięta ziemia, przenikliwy wiatr i brak śniegu, co powodowało jeszcze większy ziąb. Zmierzchało. Po drodze do kaplicy trzeba było przejść obok wielkiego wykopu, który, jak mi wcześniej mówiono, był wykopem pod przyszły kościół.

Pierwszym, co zobaczyłam, kiedy weszłam do kaplicy, było coś podobnego do słońca. Tak, spostrzegłam ten przedmiot, jego formę, materiał, z którego był wykonany, to, że ten przedmiot (nazwy którego nie znałam i co on zawierał, też nie wiedziałam) stał na stole (ołtarzu). Jednak w mojej pamięci, w moim odbiorze tej rzeczywistości pozostało przede wszystkim słońce.

W kaplicy było bardzo cicho, tylko kilka osób klęczało. Żeby nie zwracać na siebie uwagi, zrobiłam to samo. I tak przez jakiś czas klęczeliśmy w ciszy...

Z kaplicy wyszłam już jako inny człowiek, człowiek, który przeżył doświadczenie trudne do wyrażenia, doświadczenie, które podzieliło moje życie na „przed” i „po”.

 

Ulica 8 Marca

 

Po kilku tygodniach, spędzonych przez mojego tatę w szpitalu po operacji, wróciliśmy do domu. Chciałam znaleźć kościół rzymskokatolicki, ponieważ wiedziałam, że to właśnie w kościele rzymskokatolickim byłam z moją znajomą, ale nikt nie umiał mi powiedzieć, czy jest taki w naszym mieście.

I właśnie tej jesieni do szkoły, w której pracowałam, przyszła nowa nauczycielka, jak się okazało, należała do parafii rzymskokatolickiej. Przywrócony rzymskokatolicki kościół znajdował się na ulicy 8 Marca. Pamiętałam, że w tym budynku w czasach radzieckich mieściła się fabryka obuwia. Od chwili mojego pierwszego znalezienia się w kościele do momentu Chrztu św. minęło około czterech lat. Przychodziłam tam na Msze św. i inne nabożeństwa, chodziłam na kursy teologiczne, organizowane w parafii. W pewnym momencie zaczęłam grać na organach, ponieważ nie było organisty. W tym czasie już pracowałam na uniwersytecie i studiowałam nadal w Moskwie – zwyczajnie życie biegło swoją drogą.

A wewnątrz mnie było pytanie, na które nie znajdowałam odpowiedzi. Pytanie było bardzo proste i w jakimś stopniu naiwne: co musi się stać, żeby człowiek zachciał przyjąć chrzest? Pytanie dotyczyło nie tego, jak przebiega sam obrzęd – to widziałam wiele razy w naszym  kościele, i był to chrzest ludzi dorosłych – ale co takiego musi się stać z samym człowiekiem, w jakim momencie zaczyna rozumieć, że jest gotów i chce przyjąć Tajemnicę Chrztu? Poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie trwało długo i nie było łatwe. Do chwili, gdy pewnego razu, po zakończeniu modlitwy różańcowej poczułam, że nie ma już we mnie tego pytania. Nie było też żadnej racjonalnej odpowiedzi, tylko jasne zrozumienie, że jestem gotowa i chcę przyjąć Tajemnicę Chrztu. Taką prośbę skierowałam do naszego proboszcza.

 

Pierwsze spotkanie z Marią Celeste Crostarosą

 

Moje pierwsze spotkanie z Marią Celeste Crostarosą nastąpiło w Internecie, na rosyjskiej stronie redemptorystów. Ponieważ należałam do parafii redemptorystów, to ich duchowość i życie ich wspólnot parafialnych nie były mi obce. Od czasu do czasu przeglądałam tę stronę i czytałam zamieszczane tam teksty. Pewnego dnia, kiedy czytałam artykuł o św. Alfonsie Liguori, zauważyłam żeńskie imię i to mnie zainteresowało. Kliknęłam następnie artykuł, który okazał się artykułem o życiu i dziele Marii Celeste Crostarosy – założycielki Zakonu Redemptorystek.

To, co przeczytałam, wstrząsnęło mną. Ten artykuł był napisany z miłością i o Miłości. O miłości Boga Ojca do człowieka, w którym On nieustannie widzi swojego Syna i pragnie przywrócić mu cechy Jezusa, Boże podobieństwo i pierwotne piękno, skażone grzechem; o tym, że Bóg doskonały rzeźbiarz rzeźbi w nas obraz Chrystusa, stający się naszym prawdziwym ludzkim obliczem; że Bóg Ojciec czyni to przez Chrystusa i w Chrystusie. Dlatego, że właśnie Jego jednorodzony Syn staje się tym planem, zamysłem Ojca wobec nas. On staje się także pierwszą regułą nowego Instytutu zakonnego, mającego specjalne znaczenie w odniesieniu do ludzkości, chorej przez grzech,  która zapomniała o nieskończonej miłości Boga. Cel tego Instytutu zakonnego:  przypomnieć światu o bezgranicznej miłości Boga, którą w pełni wyraża Jezus Słowo Wcielone całym swoim ziemskim życiem. Zakonnice, należące do tego Instytutu, powinny stać się podobne we wszystkim do Jezusa Chrystusa, aby stać się dla świata Jego znakiem, wizerunkiem, obrazem, Jego żywą pamiątką.

Kiedy czytałam artykuł, to pomyślałam: jak to jest możliwe do realizacji w życiu przeciętnego człowieka? A potem przeczytałam, że wśród przepisów, które Maria Celeste zaproponowała swoim duchowym córkom, w pierwszej kolejności obowiązuje reguła jedności i wzajemnej miłości, która jest konsekwencją wyboru Ewangelii jako pierwszej reguły nowego Zakonu i że kontemplacja, liturgia i Eucharystia, a także braterskie życie we wspólnocie są dla Redemptorystek źródłem świadectwa.

    Ten artykuł jest nadal na rosyjskiej stronie Redemptorystów.
 

Uśmiech Pana
 

Tej samej wiosny, kiedy pierwszy raz spotkałam się z Marią Celeste Crostarosą, miało się odbyć kolejne spotkanie młodzieży redemptorystowskiej w Pietropawłowsku w Kazachstanie. Ja już wyrosłam z tego wieku,  ale udałam się tam z młodymi ludźmi z naszej parafii.  Młodzież miała swój program, a ja spędziłam kilka dni u Redemptorystek.

Byłam trochę zaskoczona, że siostry poprosiły, abym opowiedziała o mojej drodze do Pana, którą do tego czasu przeszłam, o tym, co przeżyłam. Słuchały mnie bardzo uważnie i prosiły, żebym wszystko opowiedziałam w szczegółach. W małym kościele siedziałam obok jednej z sióstr i myślałam, że tu jestem blisko Boga, i chciałabym, aby dalej  tak było  w moim życiu, chciałam modlić się jak te siostry. Przez cały czas mojego pobytu siostry nadal pytały o moje życie i mówiły, że one o niczym nie decydują i chociaż z ich zdaniem się liczą, ale decydują siostry w Bielsku. Nie za bardzo rozumiałam, o co im chodzi, o czym trzeba zdecydować, a ponadto nie wiedziałam, gdzie leży Bielsko i co to za miejsce.  Chciałam tylko  pozostać z siostrami, żeby modlić się w tym małym kościele, ale przyszedł czas naszego wyjazdu.

Dopiero przed wyjazdem okazało się, że proboszcz powiedział siostrom, że do nich jedzie kandydatka. Siostry patrzyły więc na mnie jak na kandydatkę i zadawały mi odpowiednie pytania. Wszystko to wyjaśniło się w dniu mojego wyjazdu, i z tym wróciłam do domu.

Decyzja

       Po powrocie z Kazachstanu nadal pracowałam, ale nie było w moim sercu spokoju. Od czasu do czasu dzwoniłam do sióstr, a potem zapytałam o zgodę na przyjazd do nich na miesiąc w czasie wakacji. Mieszkałam z siostrami, modliłam się, teraz już ja pytałam o różne rzeczy, a one mi odpowiadały albo dawały książki, w których sama szukałam odpowiedzi. Jedna z sióstr tłumaczyła na język rosyjski Crostarosę i dla mnie to był cud, że mogłam zobaczyć jak Crostarosa zaczyna „mówić" w języku rosyjskim, jak rodzi się jej myśl, mogłam ją rozumieć, a ona zwracała się do mojego serca i mówiła o Bogu i Miłości. Minął miesiąc i przyszedł czas mojego wyjazdu. Nie chciałam wyjeżdżać od sióstr, trzeba było podjąć decyzję. Szczególnie trudno było mi zdecydować się na opuszczenie mojej matki, z którą byłyśmy same od 10 lat, od śmierci mojego ojca.

To był środek lata, było bardzo gorąco. W czasie, gdy moja decyzja dojrzewała, chodziłam do naszego kościoła na ulicy 8 Marca, siedziałam przed tabernakulum lub przed obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy i myślałam o swoim życiu. Znałam swoją przeszłość, a częściowo mogłam przewidzieć przyszłość w dobrze znanym mi życiu, ale nie miałam żadnych przewidywań, co mnie czeka, jeśli się zdecyduję i zrobię krok w nieznane. I tak trwałam u stóp Jezusa i Maryi...

Parę dni później napisałam prośbę o zwolnienie z pracy i zaniosłam na uniwersytet. Kilka miesięcy później pojechałam do sióstr.

s. Irina Katkowa